Pete Ramey

A48a5cf65debe021504443f986e0e8c8-peteramey_portret

Zacząłem podkuwać konie w roku 1994. Zostałem przeszkolony przez miejscowego kowala, a poza tym oddałem się głębokiej analizie wielu tekstów o tematyce kowalskiej. Z biegiem czasu stałem się boleśnie świadomy braku wiedzy o kopycie i instrukcji werkowania na stronach tych opracowań. Nie wspominając o tym, że bardzo niewiele było wzmianek o kopytach patologicznych. Książka po książce, wszystkie wypełnione wiedzą (o pracy z kowadłem, podejściu do koni, relacjach z klientami, prowadzeniu interesu....); wszystko - prócz kopyt!!! Ponieważ nie chciałem kombinować i wymyślać własnych teorii, wyciągałem wiedzę od każdego napotkanego kowala i weterynarza. Zagłębiałem się w książki weterynaryjne. I wciąż moje pytania, jak radzić sobie z kopytami problemowymi, pozostawały w większości bez odpowiedzi.

Jak w przypadku większości kowali, czas, doświadczenie oraz popełnione błędy, były moimi najlepszymi nauczycielami w pierwszych latach. W roku 1998 przyjaciel zaczął bombardować mnie tekstami i wydrukami z internetu z dziedziny „bosego kopyta”. Na początku byłem oporny, ale w końcu nie oparłem się pokusie nauczenia się czegoś nowego. Bardzo szybko zdałem sobie sprawę, że dowiaduję się o samych kopytach więcej niż kiedykolwiek, i że wreszcie uzyskuję odpowiedzi na wiele pytań, które mnie dotąd dręczyły. Moje umiejętności podkuwania błyskawicznie „skoczyły w górę”. Sześć miesięcy później, w ramach eksperymentu, rozkułem mojego konia i zacząłem na nim tak jeździć. Krótko później poraził mnie radykalny WZROST wydajności dwudziestu bosych koni, chodzących w tereny w lokalnym ośrodku jeździeckim. Nie były to konie leniuchujące na pastwiskach. Przeciętnie chodziły z jeźdźcem po 30 km dziennie, na kamienistych drogach! Ich wytrzymałość, przyczepność do podłoża i zdrowie wzrastały, podczas gdy kontuzje, bolesność, podbicia i zmęczenie zmniejszyły się w stosunku do okresu, kiedy chodziły w podkowach. Nigdy nie chciałem być „bosokopytnym dziwakiem”, ale konie same z siebie kierowały moje myśli w tym kierunku!
Od zawsze najbardziej interesowałem się rehabilitacją kulawizn. Szybko skończyły mi się kulawe konie, na których mógłbym pracować, i zacząłem je wyszukiwać. Robiłem prezentacje historii rehabilitacji prowadzonych przeze mnie przypadków w lokalnych klinikach weterynaryjnych i zacząłem skupować z rzeźni pełne przyczepy kulawych koni, aby zabrać je do domu i tam rehabilitować. Kiedy wieść się rozniosła, interes tak się rozkręcił, że miałem pod opieką 700-800 koni naraz (duży błąd... nigdy tego nie róbcie!) i prowadziłem szkolenia na temat kopyt na całym świecie.

W roku 2000 napisałem moją pierwszą książkę: „Making Natural Hoof Care Work For You”. Nigdy nie chciałem zostać pisarzem, ale przywiodło mnie do tego pragnienie, by skrócić czas nauki zawodowców, dostarczając im instrukcje na temat pielęgnacji kopyt, których brakowało we wcześniejszych publikacjach. Książka odniosła spektakularny sukces i pomogła koniom na całym świecie. Ludzie uwielbiali jasność i bezpośredniość przekazu, podobnie jak 160 zamieszczonych w niej zdjęć. [Dopisek z 2009 r.: obecnie mam wrażenie, że moja książka mówi o zupełnych podstawach. Artykuły na tej stronie oraz zestaw DVD zawierają znacznie bardziej szczegółowe i aktualne informacje.]

Potem pojawiła się moja piękna żona Ivy - małżeństwo z nią to najlepsza rzecz, jaka mi się przydarzyła pod wieloma względami. Na przykład ignorowałem większość możliwości przekazywania wiedzy innym zawodowcom i organizowania szkoleń. Chciałem pomóc każdemu, komu mogłem, ale byłem zbyt zajęty przy tak ogromnej stawce obsługiwanych koni. Przy okazji, oczywiście, kopałem sobie własny, przedwczesny grób! To Ivy była na tyle inteligentna, żeby stworzyć tę stronę i dotrzeć z pomocą do świata, jednocześnie przekazując połowę moich obowiązków zawodowych kompetentnym uczniom. To ona zarządza moją firmą i to ona jest w stanie zobaczyć świat poza kopytem.

Dla Ivy konie to nie był nowy świat. Zarządzała pensjonatem i szkółką jeździecką, a później uruchomiła własną firmę dorożkarską. Pracowała przy szkoleniu koni pociągowych, wdrażając świeżo wyszkolone konie do pracy na ulicach. Zarabianie na życie przy turystach i licznych „zielonych” pociągusach na pewno podniosło jej umiejętności powożenia (nie wspominając o odporności psychicznej), ale ostatecznie zdecydowała, że czas się ustatkować i kupić własnego konia. Tak, by cieszyć się przyjemnością pracy z tym samym, doświadczonym koniem - dzień za dniem, rok po roku.

Wybrała pięcioletniego perszerona imieniem Milo. Był surowy (jak czysta tabliczka... idealny), ale miał potwornie popękane i połamane kopyta. Jej mama, która zarządza miejscową kliniką weterynaryjną i dobrze znała moją pracę, zasugerowała, żebym to ja zajął się rehabilitacją jego kopyt. W miarę jak Ivy dowiadywała się od swojej mamy coraz więcej o naturalnej pielęgnacji kopyt, wpadła na pewien pomysł. Stawy, więzadła i ścięgna koni dorożkarskich szybko się zużywają w wyniku wstrząsów, którym są poddawane na utwardzonych drogach. Dlaczego by nie spróbować pracy z Milo bez podków? Mogłoby to przedłużyć jego życie o parę lat. Ivy przedstawiła mi ten pomysł przy pierwszym werkowaniu Milo. Byłem bardzo sceptycznie do niego nastawiony, głównie dlatego, że nie było wystarczająco dużych końskich butów, które ułatwiłyby Milo stopniowe przystosowanie do chodzenia boso. Martwiłem się również, że ciepło bijące od asfaltu będzie stanowić problem. Tak szczerze, uważałem, że powinniśmy poddać kopyta rehabilitacji, a następnie okuć konia do pracy. Ivy namówiła mnie, żeby jednak spróbować i - jak za każdym razem od tego czasu, gdy mieliśmy rozbieżne zdania - miała rację.

Milo radził sobie doskonale. Miękkie tap, tap, tap jego kopyt na nawierzchni sprawiało, że jego ciało było wypoczęte i szczęśliwe pod koniec dnia, a przyczepność miał lepszą, niż przy jakichkolwiek hacelach. Przegrzanie nie było problemem (Ivy i tak zabierała konie przy temperaturze przekraczającej 33 stopnie, ze względu na ich dobro). W międzyczasie zostałem kompletnie oczarowany przez Ivy i mój zawodowy pogląd był taki, że Milo wymagał codziennej, starannej kontroli kowalskiej, aby mieć pewność, że jest bezpieczny w tak trudnych warunkach pracy. Konieczne były oczywiście wielogodzinne konsultacje. Narodziła się prawdziwa miłość.

Mieszkamy z Ivy i czwórką naszych dzieci w górach Północnej Georgii. Najbardziej martwi nas fakt, że naturalna pielęgnacja kopyt i korzyści, jakie może przynieść koniom, nie spotyka się z należytym uznaniem w oczach opinii publicznej, ze względu na kłopoty ze znalezieniem kompetentnych zawodowców. Nadal chodzi po świecie zbyt wielu ludzi, którzy utrzymują, że znają się na naturalnej pielęgnacji, ale czynią oni koniom straszną krzywdę poprzez niewłaściwe lub zbyt inwazyjne werkowanie. Wielu „bosokopyciarzy” nie potrafi w pełni wykorzystać końskich butów, podkładek czy opatrunków usztywnionych i koń na tym cierpi. Właściciel konia nie ma żadnej szansy stwierdzić czy profesjonalista, którego wynajmuje, jest kompetentny, czy nie. Z tego powodu Ivy i ja ponawiamy wysiłki w kierunku pomocy i edukacji.

Artykuły

Lista autorów