Strona Główna > Chów i hodowla > Kopyta

Koniec z chorobą linii białej (2005)

ABig ANormal ASmall

dodano: 21.03.2010


500-0b84e90e278fdd46bd9399c190e9e704-baner+linia-biala_wykadrowane

Po pierwsze: „choroba linii białej” to błędna nazwa. To wcale nie jest choroba. Niemniej jednak ma cechy epidemii, więc moim priorytetem stało się nauczenie kowali jak sobie z nią radzić. Symptomy ostrzegawcze to rozciągnięta linia biała i głębokie, wypełnione gnijącym materiałem, rowki w miejscu, gdzie powinien być zdrowy brzeg podstawowy kopyta i zdrowa linia biała; rozlania, które nie chcą zrosnąć; kopyta, których nie trzymają się podkowy; podeszwy, które są płaskie mimo najstaranniejszej opieki; wreszcie nawracające ropnie. Ta lista ciągnie się w nieskończoność. Rezultat jest taki, że ściana kopyta oddziela się od listewek i wygląda na to, że większość specjalistów nie jest w stanie niczego z tym zrobić.



W przeszłości o wywoływanie tego schorzenia obwiniano szerokie spektrum bakterii, grzybów, wirusów, drożdży itd. Michael Wildenstein, z Uniwersytetu Cornell, opublikował w czasopismach „Hoofcare and Lameness” oraz w „American Farriers Journal” wspaniałe badania identyfikujące infekcje grzybicze jako głównych sprawców destrukcji, za którymi idą wszystkie inne patogeny. Jeśli te wszystkie problemy pochodzą z infekcji grzybiczych, powinno się dać odsłonić zaatakowane obszary, zaaplikować specyfik przeciwgrzybiczy i mieć spokój - prawda? Kowale i właściciele koni stwierdzają, że jednak nie w tym rzecz, gdyż kopyta nadal rozpadają się na ich oczach.
Czy grzybica to naprawdę problem? Z całą pewnością to jego część. Każdy teraz zwraca na to uwagę, gdyż niedawno wschodnie stany USA doświadczyły bardzo mokrej pogody po czteroletnim okresie suszy. Grzyby „świętują swój dzień” na kopytach, skórze i w płucach naszych koni. W miarę wzrostu świadomości kowale i właściciele koni mieszkający na suchszych terenach zdali sobie sprawę, że przez lata ich także nawiedzała ta plaga. Jednak odkryłem, że „choroba białej linii” może zostać pokonana za pomocą ataku przeprowadzonego z trzech stron: 1) zmiany środowiska, 2) zmiany diety, 3) kompetentnej naturalnej pielęgnacji kopyt. Jeśli zignorujecie choć jeden z tych trzech składników, efekty będą prawdopodobnie niepełne lub w zupełności nieskuteczne, ale przy zastosowaniu ich wszystkich razem rozwarstwienie linii białej praktycznie nie ma szans.
Końskie kopyta bardzo łatwo się przystosowują. W naturze konie, które żyją w suchych pustynnych rejonach wykształcają bardzo krótkie, wklęsłe kopyta, które nie łupią się i bardzo dobrze wytrzymują intensywne ścieranie. Ich surowa wytrzymałość odzwierciedla podłoże, na jakim poruszają się każdego dnia. Dziki koń żyjący na wilgotnym, miękkim podłożu ma zupełnie inny kształt kopyt. Podeszwa jest bardziej płaska, a rozlane ściany mają możliwość łupać się i odłamywać na miękkim, mokrym podłożu, gdzie ścieranie rogu kopytowego jest niemożliwe. Kluczową sprawą w obu przypadkach jest to, że kolumna kości pozostaje w prawidłowym ustawieniu, a kopyto spełnia swoją funkcję na tym konkretnym podłożu. Pewnie jestem tu odosobniony w poglądach, ale jestem przekonany, że to, co kopytom na miękkim podłożu pozwala łupać się i odłamywać zamiast przerastać, powodując powstanie niebezpiecznej dla konia sytuacji, to ta sama infekcja grzybicza i rozwarstwienie ścian, z którą staramy się walczyć. Innymi słowy, rozwarstwienie to mechanizm obronny. Zwariowałem? Po prostu ruszcie głową.
Możecie sobie wyobrazić co działoby się bez tego rozwarstwiania i rozlewania ścian? Wyobraźcie sobie stado dzikich koni żyjących swoim koczowniczym życiem i przebywających dziennie po 20 mil, żywiących się skąpą roślinnością na rozległych terenach. Jeśli stado przejdzie przez grzbiet wzgórza i znajdzie żyzną dolinę, z miękkim brzegiem rzeki, porośniętym obficie zieloną trawą - to jak myślicie, co zrobi? Wiedząc, że to tylko konie, rzekłbym, że pozostaną tam, dopóki nie zjedzą ostatniego źdźbła trawy albo nie przegoni ich jakiś drapieżnik. Ich kopyta natychmiast zaczną nadmiernie przyrastać. Gruby, twardy, szybko narastający róg nie będzie miał żadnej możliwości się ścierać u konia stojącego i pasącego się na miękkiej ziemi. Gdyby natura nie wytworzyła systemu obronnego, byłby to koniec całego stada. Kopyta bardzo by wyrosły, wymuszając nienaturalne położenie kolumny kości i ustawiając konie jak na szczudłach. Konie niewątpliwie połamałyby sobie nogi i nie byłoby możliwe odbudowanie kopyt ani usunięcie nadmiaru rogu.
Na szczęście konie zostały dobrze przygotowane na drastyczne zmiany w środowisku. Jak wiele wynalazków natury: nie jest to zbyt piękne, ale działa. Ściany kopyta zaczynają się oddzielać od kości kopytowej. W miarę rozlewania się ścian grzyby znajdują doskonałe środowisko w rozwarstwionych miejscach i zaczynają żywić się rogiem kopytowym. To jeszcze bardziej osłabia kopyta, które zaczynają łupać się kawałkami. Czy to złe wieści dla konia? Niekoniecznie, bo cała ta destrukcja ratuje im życie. Dzięki temu nie mają nadmiernie wyrośniętych ścian, które wykręcałyby im stawy do szkodliwego ustawienia, pozbawiałyby kość kopytową naturalnego podparcia na gruncie, unosząc podeszwę z ziemi, lub zakłócałyby ich zdolność poruszania się. Gdy tylko takie konie wracają do swojego koczowniczego trybu życia, rozlany, osłabiony róg ścian odpada i może zostać zastąpiony zdrowym.
Najnowsze badania przeprowadzone na Uniwersytecie Stanu Michigan (Bowker) wykazują, że listewki warstwy twórczej u koni udomowionych przechodzą zaskakującą przemianę przy rozlaniu ścian. Listewki rozwidlają się, a rozszczepienie to postępuje w kierunku ich podstawy, aż wreszcie jedna listewka rozdziela się na dwie słabsze. Jest to reakcja organizmu na sytuację przeciążenia i próba utrzymania rozlanych ścian. W przeciwieństwie do tego, rozlane kopyta dzikich koni dostarczane na Uniwersytet nie wykazują tego rozszczepienia. Innymi słowy: pomimo, że dzikie konie przechodzą dziennie po 20 mil po bardzo skalistym terenie, ich kopyta nie są przeciążone.