Strona Główna

Wspomnienie o Jacku Wierzchowieckim

ABig ANormal ASmall

dodano: 08.09.2015


500-259bc95f357b9e2fa85d3cd6a0ed899c-b120d208e40e3114358776628dbe3a41-Jacek-Wierzchowiecki[1]

We wtorek 08.09 2015 w Poznaniu na cmentarzu Junikowskim pożegnaliśmy Jacka Wierzchowieckiego, jeźdźca, trenera, wielokrotnego medalistę Mistrzostw Polski, dwukrotnego Olimpijczyka.



Pamiętam dokładnie moment i okoliczności, w jakich poznałem Jacka. Pamiętam nawet kolor i fason sweterka, w jaki był ubrany, choć minęło 50 lat od tamtego spotkania.
Jacek miał  wtedy 21 lat i był studentem 2 roku Politechniki Poznańskiej.
Przyprowadził Go na poznańską  Wolę  Paweł Wiktor, student wydziału rolnego Wyższej Szkoły Rolniczej w Poznaniu, który  w czasie studiów był  członkiem Klubu Jeździeckiego Cwał Poznań.
Paweł i Jacek mieszkali  razem na stancji  u emerytowanego  inż. chemii o ksywce Bron, w  jego  wynajmowanym studentom mieszkaniu na ul. Matejki.
Paweł  za pozwoleniem  naszego trenera, wziął konia na lonżę i pozwolił Jackowi poczuć jak to jest  gdy się patrzy na świat z wysokości końskiego  grzbietu.
Jacek spróbował i jazda konna stała się jego pasją na resztę  życia. 
Po około roku  opanował  jazdę  i skoki na  tyle  by z powodzeniem  rozpocząć starty w zawodach. Politechnikę  zamienił na Wyższą Szkołę Rolniczą i zaoczny AWF, a  perspektywę  budowy silników okrętowych na ujeżdżanie koni i szkolenie jeźdźców.
W czasach, w których nie dało się w Polsce za wiele zarobić  w "końskim biznese" wyjechał do USA.
Wrócił do kraju po latach pracy za Oceanem, przepłaconej niestety nieszczęśliwym wypadkiem, kóry na resztę życia posadził go na wózku.
Jacek był twardzielem, a tacy nie załamują się łatwo.  Dał więc radę i mimo iż los  Go nie oszczędzał, nie przestał być aktywnym szkoleniowcem.
Był mimo niepełnosprawności całkowicie samodzielny.
Swoim specjalnie przystosowanym samochodem  jeździł tak, że trudno było pełnosprawnemu za nim  zdążyć. 
Mimo, iż  życie doświadczyło Go bardzo mocno zabierając mu sprawność fizyczną i przedwcześnie zmarłą  żonę, nigdy nie tracił poczucia humoru i dystansu do samego siebie.
Kiedy po raz pierwszy po wypadku przyleciał do kraju, by sędziować zawody WKKW w Białym Borze i przygotować swój powrót na stałe, zdażył się taki oto przypadek:
Budki sędziowskie na czworoboku w Białym Borze stały na półmetrowych podwyższeniach.
Żeby Jacek mógł na swoim elektrycznym wózku wjechać do jednej z nich, zbudowano drewniany  podjazd. Kiedy po zakończonym sędziowaniu wyjeżdżał na wstecznym biegu z budki, podest się  załamał, a Jacek razem z wózkiem wykonał salto w tył. Stałem tuż obok, więc pierwszy ruszyłem z pomocą  i podnosząc  Go żartobliwie zapytałem: "Magister co Ty kurna chata wyprawiasz?". Jacek  na to: "Nie wiem Wojtuś, wspiął mi się  sku.......n ."
Jacek  30 czerwca skończył 71 lat z czego prawie 1/3 przyszło mu spędzić  na wózku walcząc ze związanymi z tym licznymi problemami.
 
Teraz  już jest tam gdzie jest od nich wolny i gdzie kiedyś wszyscy się spotkamy.
 
So long Jack.